Rozterki dorosłych dzieci.
/esej/


Jesteśmy już dorośli. Nie musimy tłumaczyć się rodzicom ze wszystkiego. Sami podejmujemy decyzje.
Taka kolej rzeczy.
Nie mieszkamy już z nimi. Także normalne. Czasem przypominamy sobie, jak trzymaliśmy ich za rękę na spacerze.
Pytaliśmy o wszystko. Wierzyliśmy ich każdemu słowu. Nie dalibyśmy sobie rady bez nich, w najdrobniejszych sprawach.
Dzisiaj oni wyglądają jakby po naszym odejściu zagubili się i szukali dalszej drogi.
Niby dalej nam doradzają - często mądrze, ale wydaje się nam, że bez tych porad i mądrości poradzimy sobie całkiem dobrze.
Nie są niepotrzebni ale i nie są również absolutnie niezbędni - jak kiedyś.
Lubimy zaglądnąć do nich w święta, lub jak pogubimy się w naszym dorosłym życiu.
Wiara, że są oni ostatnimi ludźmi na świecie, którzy chcieliby nas skrzywdzić - jest taka sama.
Niezłomna.
Jak wtedy, gdy dreptaliśmy koło taty w malutkich bucikach i trzymaliśmy go za jeden palec u ręki.
Tyle tylko mieściło się w naszej maciupeńkiej rączce - z paluszkami jak mikroskopijne, miękkie paróweczki.
Nigdy nie pomyślimy, że poproszeni o chleb – położyli by nam na dłoni kamień.
Przypominamy sobie zapach i smak potraw z dzieciństwa. Ulubionego ciasta i wigilijnego barszczu.
Nauczyliśmy się nawet gotować i piec to samo.
Czasem nawet udaje nam się trafić dokładnie w smak zapamiętany z lat minionych.
Wychowali nas - jak umieli.
Nie zawsze wychodziło im tak jak chcieli i tak, jak byłoby trzeba. Czasem byliśmy na nich źli, bo dali nam klapsa lub nie dali, nie kupili nam czegoś - wtedy kiedy chcieliśmy.
Już – natychmiast!
Wymagali tego lub tamtego. Nie bardzo nam się to podobało.
Mieli swoje kłopoty, jednak rzadko je zauważaliśmy. Ukrywali je przed nami i zawsze jakoś z nich wychodzili.
Czasem się sprzeczali i złościli na siebie. Jednak, gdy któreś z nas zachorowało oboje na wyścigi - z troską i miłością nieśli nam ulgę. Siedząc przy nas po nocach i słuchając naszego oddechu. Chuchali i dmuchali na nas jak na największy skarb.
Nasze zmartwienia, szkolne porażki bolały ich tak samo jak własne.
Niekiedy budzili w nas lęk, niezrozumienie albo zwykłą złość.
I ich wytłumaczenia były niezrozumiałe. Nie pasowały do naszego pojmowania świata i obowiązków.
Jak wchodziliśmy w dorosłość tłumaczyli nam swoje błędy, złe decyzje, emocje. I dzisiaj wiemy, iż nie chodziło im o usprawiedliwienie się.
Chcieli byśmy i my i oni - poczuli ulgę.
Przebaczenia, ukojenia, pogodzenia z losem.
Bo ból wydobyty z dna duszy na światło - znika jak fala w piasku codziennych dni.
Traci siłę.
Od pierwszego dnia naszego życia żyli w ciągłej trosce i udręce o nasz dobry los.
By nam się dobrze powodziło.
Były chwile, gdy bardzo ich potrzebowaliśmy, na studiach, w pracy, w nieszczęśliwym ulokowaniu uczuć.
W potknięciach i błędach życiowych.
Nie było ich wtedy przy nas - byli daleko.
Nie przytulili gdy cierpieliśmy, nie pocieszyli.
Sam głos w telefonie nie wystarczał.
W głębi duszy nie utraciliśmy jednak niezłomnej wiary w ich oddanie dla nas, bo pomogli nam rozwinąć skrzydła i wyfrunąć z gniazda.
Pomimo ich błędów które pamiętamy, mówimy sobie w myślach:
- „Mimo to kocham was tato i mamo, takimi jak jesteście”.
Taka zgoda i akceptacja przynosi ulgę.
Jeśli słowa te wypłyną z serca – nie z obowiązku i zasady.
To pierwotne uczucie wdzięczności, przywiązania i miłości do osób najbliższych, którzy dali nam życie.
Ta miłość zakrywa gniew, rozczarowanie i ból.
Niekiedy patrzymy na nich, jak nie radzą sobie sami ze sobą.
Wydaje nam się, że stracili cały rozpęd i przebojowość jaką w nich podziwialiśmy.
Ale to ich los.
Każdy ma swój własny do przeżycia.
Nie możemy zmienić losu rodziców – możemy go tylko przyjąć.
Wystarczy jak dla naszego własnego (i ich) spokoju powiemy w głębi duszy do rodziców:
- „Przyjmuję do wiadomości wasz los, jak go znosiliście i nim kierowaliście, lepiej czy gorzej. Z waszego losu wezmę siłę do zrobienia mojego losu większym, lepszym - w moim życiu”.
Takie słowa uwalniają od powtarzania błędów rodziców.
Dotarcie do pierwotnej więzi, miłości między nami, zaakceptowanie wszystkiego co się wydarzyło – pozwoli nam:
BYĆ KIMŚ INNYM NIŻ RODZICE - BYĆ SOBĄ.
Nie obciążać się myślą, że dalej jesteśmy zależni od matki i ojca.
Nie obciążać się ich ciężarami i cierpieniem.
Bo zaniedbamy własne życie.
Oni na pewno dadzą sobie radę – lepiej, lub gorzej.
Tak jak ty - gdy już będziesz w ich wieku.
Powiedz do nich we własnym sercu:
- „Wy jesteście rodzicami, ja jestem tylko waszym dzieckiem. Nie mogę żyć waszym życiem, nie mogę was uratować przed waszym losem.
Odchodzę, by żyć swoim życiem.
Ale proszę – życzcie mi dobrze, pobłogosławcie mnie.
Kocham was takimi jakimi jesteście”.
Wielu z nas myśli, że będzie się musiało opiekować starymi rodzicami.
Pamiętajmy, że nie są oni malutkimi dziećmi.
I nie trzeba się o nich martwić jak o małe dzieci.
Wystarczy tylko, że zatroszczymy się o nich : „TAK JAK TO JEST WŁAŚCIWE”.
Czyli tak - jak jest to możliwe w konkretnej sytuacji.
Co zazwyczaj da się wykonać bez większych trudności.
Nie utożsamiaj się z cierpieniem swoich rodziców – to ich droga i muszą sami przeżyć swoje cierpienie.
Powiedz sobie:
- „Rozumiem wasz ból i współczuję”
Nie czujmy się uwikłani w ich los, bo my mamy własną drogę do przebycia.
To nie jest cynizm.
Bo sami rodzice, którzy was kochają najbardziej na świecie, nie chcieliby - byście cierpieli z ich powodu.
Woleliby, gdybyście pozwolili im odejść bez widoku łez i paniki.
Do świata gdzie nie ma bólu i łez.
Woleliby gdybyście powiedzieli im wzrokiem i sercem.
Spokojem duszy;
- „ Pamiętam wszystko co dla mnie zrobiliście. I dlatego na pamięć o Was zrobię z mojego życia coś dobrego i pięknego.
Pamiętam kim jestem”.

© Marek Mozets